Gold lion

Nuty skórzane i zwierzęce nie należą do najłatwiejszych. Oswoić je jest chyba równie trudno co małe lwiątko (a może raczej – jeśli miałabym nawiązać do obrazka na starych flakonach, których wycofania z jednej strony nie mogę odżałować, a z drugiej nie posiadam się z radości, że dzięki temu mogę powiększać kolekcję L’Artisan bez większych zahamowań – tygrysiątko). Jeśli zatem Dzing! jest idealnie jednolitym splotem tych nut, połączeniem tak gładkim, że w zasadzie mogłabym je opisać wyłącznie słowami „druga skóra”, to nie może, po prostu nie może nie znaleźć się na podium perfumiarskich dzieł sztuki.

giphy

Bo choć zwierzęcych skojarzeń przy pierwszym kontakcie z Dzingiem! nie da się uniknąć, to po wielu latach jego namiętnego noszenia, myślę o dzingowej skórze przede wszystkim jako o skórze… ludzkiej. Aksamitnej, muśniętej słońcem, o naturalnie słodkawym zapachu. To pewnie za sprawą piżma, ale o tym za chwilę, bo mam wrażenie, że zaczynam od końca. Zostańmy więc przy skórze. Skóra w Dzingu! nie jest ani motocyklową kurtką, ani elegancką, lśniącą kanapą, ani nawet zamszową rękawiczką – w tych kategoriach mam innych faworytów. Dzing! wygrywa za to w kategorii „rozgrzane siodło” i jest to dla mnie jak najbardziej pozytywne i przyjemne skojarzenie, bo krótką przygodę z jazdą konną w mazurskich stadninach zaliczyłam w beztroskich czasach wczesnej podstawówki. Dodajmy do tego aromatyczne siano, ciepły piasek i karmelową słodycz cukierków Werther’s Original i to wystarczy, żeby Dzing! przywołał słodkie dzieciństwo.

dl8q2971_1024x1024

Dlatego właśnie Dzing! nie jest dla mnie żadnym lwem, tygrysem, koniem, a już na pewno nie słoniem, co zrobił kupę w cyrku. Jest co najwyżej lwiątkiem (lub jak kto woli – tygrysiątkiem). I to w miarę oswojonym. W miarę, bo nie ma wątpliwości, że kot z niego dziki i nie da się zagłaskać na śmierć. Migoczące nuty imbiru i szafranu dbają o to, aby nie było zbyt płasko i jednostajnie. I jest idealnie. Cieleśnie-przyprawowo. A potem już tylko coraz bardziej cieleśnie.

oscar_claude_monet_0252_allart_biz_grainstacks_at_giverny_sunset_1888_89-jpeg
Właśnie tę ostatnią, najprzyjemniej i najnaturalniej słodkawą fazę lubię w Dzingu! najbardziej. Stopniowo znika siodło i siano, lwiątko coraz bardziej przypomina puchatego domowego kota. Zapach wybrzmiewa słodkim piżmem, aż w końcu pachnie po prostu… mną. Bo mimo szeregu zwierzęcych skojarzeń – od stadniny koni po dzikie koty – jest przede wszystkim ludzki. Jest dla mnie jak druga skóra.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s