El rastro de tu sangre en la nieve

Pierwsze przymrozki i jeszcze idealnie czysta, trzeszcząca pod stopami pierzyna na ulicach z jednej strony sprawiają, że bez większego zastanowienia sięgamy na półkę z napisem „cynamon i spółka” – to właśnie na tę porę (bo przecież nie na słoneczne lato) zarezerwowane są kominkowo-herbaciane otulacze, na które pewnie nie tylko ja tęsknie zerkam już od września. Z drugiej strony, żaden inny zapach nie przywołuje skojarzeń ze świeżym śniegiem, tym najczystszym, tak szybko i jednoznacznie jak Perles de Lalique. Którego z kolei, ze względu na jego przeszywający wręcz chłód, do otulaczy zaliczyć nie mogę. Jak najbardziej za to mogę zaliczyć go do licznej kategorii tych zarezerwowanych na zimę, a nawet tej dużo mniej licznej – zapachów uosabiających Królową Śniegu.  Z tego samego powodu.

Jak zwykle można zastanawiać się nad tym, na ile to efekt zabiegów marketingowych,  w tym przypadku przede wszystkim flakonu przypominającego skuty lodem (za każdym razem, gdy biorę go do ręki, nie mogę pozbyć się wrażenia, że za chwilę zacznie się topić). Skupmy się jednak na samym zapachu, bo w tym przypadku i flakon, i jego zawartość okazują się wyjątkowo spójne.

the_bitter_end_by_kurosugarlolita

Pierwsza chwila z perłami szczypie w policzki jak mroźne powietrze, a to za sprawą czarnego pieprzu, który pokręci się, poświdruje, powierci w nosie, żeby zaraz miękko osiąść na… świeżym, miękkim śniegu, aż chciałoby się napisać. W perłach funkcję śnieżnobiałego płótna, tła dla pozostałych składników, pełni kamforowa paczula. Jasna, świetlista i – przy całym swoim chłodzie – nieco deserowa (bo czekoladowa chyba jednak nie do końca… to byłby pomysł na wersję elixir, której wciąż z nadzieją wyczekuję). Paczula z zupełnie przeciwległego bieguna niż znane nam wszystkim skądinąd paczule przypominające zatęchły worek ziemniaków w wilgotnej piwnicy. No dobrze, może i tutaj paczula jest lekko ziemista, ale wciąż jest to ziemia skuta lodem. Upiornych skojarzeń z pleśnią i kwaśną glebą (komentarze o robakach celowo wrzucam w nawias) wciąż nie mogę pojąć, te apteczne rozumiem już nieco lepiej, bo można je łatwo wytłumaczyć sterylną czystością tego zapachu.

winter-rose

Perły to czystość, perły to chłód – co do tego nie ma wątpliwości. Ale perły nie byłyby perłami, gdyby nie ich charakterystyczna różana słodycz. Mamy tu trochę konfitury z dzikiej róży i trochę aksamitnych, herbacianych płatków. Powiedzmy, że pół na pół. Płatki opadają na gładką białą płachtę, tak jak chwilę wcześniej czarny pieprz, po czym zimny wiatr jeszcze raz podrywa wszystkie składniki do tańca, wirują tak przez moment w śnieżnym pyle, aż w końcu osiadają gdzieś na skórze w postaci różano-kamforowego pudru.

Słoneczny grudniowy poranek, za oknem pierwsze ślady na miękkim śniegu, a na białym sweterku z angory – ślad różanej konfitury. Niby całkiem przyjemnie, chociaż w tle skrzypi mróz i świszczy wiatr.

ice_queen_by_silverrr_official-d8uhhs6

Bez dwóch zdań, tak właśnie pachniałaby Królowa Śniegu. Lub, idąc dalej tym śladem, Nena Daconte z opowiadania Marqueza*, w którym wszystko zaczyna się od bukietu róż.

*Ślad twojej krwi na śniegu

 

Photo credits: 1 / 2 / 3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s