FIRST IMPRESSIONS I

Dzień, w którym przychodzi paczka z Aus Liebe zum Duft, jest zawsze jak połączenie Bożego Narodzenia z Dniem Dziecka. Albo przynajmniej jak urodziny. I tym sposobem, za sprawą kolejnego zamówienia, miałam wczoraj kolejne w tym roku urodziny. Co prawda główny bohater wczorajszej paczki był inny i zasługuje na osobny wpis, ale garść próbek zawsze powoduje nie mniejszą ekscytację. Nie ma to jak radość testowania, pachnące łokcie i kolana, nowe miłości i rozczarowania 😉 Od razu zdradzę, że tym razem więcej jest rozczarowań.

Tak długo zbierałam się do poznania marki nu_be, że zdążyła ona zmienić nazwę. Nie udało mi się więc już poznać nu_be. Poznałam za to (na razie) dwa, całkiem udane, zapachy oneofthose.

15493511_1304865796200536_5394928697558290557_o

oneofthose Helium [2He] – miał to być typowy gourmand spod znaku szarlotki i aromatycznych trunków, a że rozgrzewających cynamonowców nigdy za wiele, pomyślałam, że to idealny wybór na grudniowe, przedświąteczne testy. I choć rzeczywiście słychać jakieś echa podobieństwa do Dolcelisir, trudno zaprzeczyć, to uważam, że jest to zapach zdecydowanie bardziej z gatunku kosmetycznych niż jadalnych. Na samym początku czuję się, jakbym zaryła nosem w słoiczku z kremem Nivea, po chwili przez gęstą kremowość przebija się migdał i heliotrop, których oficjalnie wcale nie powinno tam przecież być. Ale są, i to w dużej ilości i o sporej mocy rażenia. Cynamonu za to niewiele. Tak mogłoby pachnieć jakieś fajne masło do ciała, ale jeśli chodzi o perfumy, to – gdy będę miała ochotę na płynną szarlotkę z chmurą cynamonu –  zostanę jednak przy Dolcelisir. Nie ukrywam też, że liczyłam na dużo więcej benzoesu. Ale od tego mam z kolei Pradę Candy, więc… po co mi Helium?

oneofthose Lithium [3Li] – a tutaj mam dokładnie to, na co liczyłam – metaliczną różę. I na tym opis mógłby się właściwie skończyć, ale zapach jest o wiele ciekawszy i nieco bardziej złożony. Róża (zupełnie niekonfiturowa! zupełnie nieherbaciana!) jest tu co prawda na pierwszym planie, ale spowita metaliczną, listopadową mgłą. Metal w tym zapachu jest jak zimne ostrze noża albo lufa pistoletu. Właśnie takim metalicznym, niepokojącym chłodem miało pachnieć Halloween del Pozo, dopóki nie okazało się, że to tylko zielony banan, a obrazy jak z horroru były tylko w mojej głowie.  Wracając do Lithium – jest w nich też coś fizjologicznego. I cokolwiek to jest, całkiem mi się podoba. Mgła coraz bardziej gęstnieje, w końcu zamienia się w smużkę dymu, a róża… po prostu sobie jest.

gun-rose-cowboy-pendant

Zaczarowana pierwszym spotkaniem z bajecznymi Like This, ochoczo postawiłam sobie za cel: a) oczywiście jak najszybciej upolować własny flakon Like This w jak największej pojemności, b) jak najszybciej poznać jak więcej z pozostałych zapachów Etat Libre d’Orange. Po szybkiej selekcji (szybkiej, choć wcale nie łatwej, bo gdybym miała sugerować się samymi nazwami, to oczyma wyobraźni już miałabym je wszystkie) na pierwszy ogień poszedł

elo_025_0001-zoomprod

Rien – skusiła mnie oczywiście skóra i kadzidło, chociaż aldehydy w nutach mogły już wróżyć katastrofę. Postanowiłam jednak zignorować to światełko ostrzegawcze, no i mam… Mam przede wszystkim pranie, ale jakieś takie… niedoprane. Nieświeże, nieprzyjemne. I to są właśnie aldehydy, jakie znam. Nie moja bajka. Do gustu przypadnie chyba tylko najbardziej hardkorowym fanom retro i majtkowych dziwaków. Poza tym jest sztuczny, plastikowy, ostry, a na dodatek kwaśnieje, a kwaśnym zapachom mówimy NIE i nie dajemy drugiej szansy.

Chciałam napisać, że dalej mamy już miszmasz, ale – choć marki bardzo różne – jest inny wspólny mianownik. A może nawet kilka.

Eau d’Italie Bois d’Ombrie – miała być wędzona śliwka, jest wędzona… papryka. Miało być pysznie, a tu ani koniaku, ani whisky, ani skóry, ani tytoniu. O, w nutach jest też marchewka i tu Eau d’Italie jest najbliżej prawdy, bo to przynajmniej jakiś akcent warzywny. I choć wędzona papryka to jedna z moich ulubionych przypraw (zwłaszcza w połączeniu ze słodkimi ziemniakami), to gdy sama będę miała ochotę popachnieć papryką, sięgnę raczej po Piment Brulant, czyli paprykę w wydaniu mniej kuchennym.

Tom Ford Atelier d’Orient Plum Japonais – po rozczarowaniu Bois d’Ombrie znalazłam pocieszenie w objęciach Toma Forda. Nuty, które bezskutecznie starałam się wywąchać w Bois d’Ombrie, czyli przede wszystkim śliwka i tytoń, tutaj są bez wątpienia i to w najszlachetniejszym, najbardziej esencjonalnym wydaniu.  Owoców mamy tu zresztą dużo więcej (nie mogę się na przykład oprzeć wrażeniu, że gdzieś obok śliwki leży soczysta, zamszowa brzoskwinia), co w połączeniu z gęstą chmurą przypraw i dymkiem z kominkowego drewna daje najprawdziwszą świąteczną nalewkę. Do świąt jeszcze chwila, a ja już czuję się, jakbym siedziała między choinką a kominkiem, z kieliszkiem całą karafką domowej śliwkowo-goździkowej nalewki. Coś mi się wydaje, że w przyszłym tygodniu czeka mnie déjà vu.

dsc09704

Amouage Jubilation for Men – jest mirra, jest kadzidło, chyba tylko złota brakuje (czy na pewno? W końcu jest też miód, olibanum i – podobno – pomarańcza). Nie, w kontekście tego zapachu trudno powiedzieć, że czegokolwiek brakuje. I właśnie z tego powodu, podobnie jak  większość znanych mi amułaży (z chlubnym wyjątkiem Memoir), męczy mnie tą charakterystyczną nieskromnością i przepychem godnym arabskiego szejka, przesadą i nadmiarem wszystkiego.  Z drugiej strony mam wrażenie, że testy nadgarstkowe to dla niego zdecydowanie za mało, rozpycha się i aż prosi o więcej miejsca. Dam mu więc jeszcze jedną szansę, ale tym razem może jednak na męskiej skórze.

TBC

Photo credits: 1 / 2 (nie, to nie pistolet ;)) / 3 / 4

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s