Back to black I

Nauczona wieloletnim już doświadczeniem obwąchiwacza [i kolekcjonera] perfum, doskonale wiem, że ani czerń flakonu, ani „black” łamane na „noir” w nazwie nie gwarantują mrocznej zawartości. Staram się więc nie dawać zwieść pozorom i biorąc pod uwagę fakt, że obok topornego flakonu z napisem „Dahlia Noir” i różową zawartością z dużym prawdopodobieństwem przejdę zupełnie obojętnie, można uznać, że w walce z klejeniem się do wszystkiego, co czarne choćby z nazwy, odniosłam już jako taki sukces (bo odbieranie zapachu w zupełnym oderwaniu od marketingowej otoczki odrobinę jeszcze kuleje, przyznaję bez bicia!).

Nie wszystko czarne, co ma czarny flakon, ale na szczęście nie brakuje w perfumiarstwie arcydzieł, w których nazwa, flakon i przede wszystkim zawartość tworzą idealnie spójną całość. Ba, mam w tej kategorii tylu ulubieńców, że mogłabym tu rozpocząć całą czarną serię. No więc, niniejszym rozpoczynam. For all you dark souls out there!

Czarny krążek kilka dni temu powrócił do mnie po latach. Trzymam w dłoni mój drugi już flakon – rzadko który zapach dostępuje tego zaszczytu 😉 Spijam powoli, nie mam potrzeby chomikowania (co bynajmniej nie znaczy, że nie jestem perfumowo zachłanna i niezaspokojona). Ale jakoś mi się nagle zatęskniło za Blackiem, no i jest. Mam go znów i nie oddam, bo lubię spójność, miękkość i dopasowanie.

Wśród zapachów skórzanych, to właśnie Black jest numerem jeden w kategorii „motocyklowa kurtka”, o której wspominałam przy okazji peanów na cześć Dzinga. Wiem, że nie ja jedna mam z nim motoryzacyjne skojarzenia, ale trudno ich nie mieć w przypadku syntetycznego unisexu we flakonie w kształcie opony. Nie przesadzałabym może z asfaltem, smołą i benzyną, to już jakby o krok za daleko, Black jest na to za miętki. Cofnijmy się lepiej o ten krok (a może raczej kilka kroków?) i zostawmy jego syntetyczność na poziomie kawałka plasteliny. O tak, czarnej, miękkiej, rozgrzanej w dłoniach plasteliny! Bo Black Bvlgari to zapach plastyczny jak żaden inny. Charakterystycznie lepki, stanowi całkiem uniwersalną bazę i obłędnie miesza się z innymi perfumami. Równie męski, co kobiecy. Stworzony do gry w duecie. Najpierw wytrawny goryczką czarnej herbaty (w nutach jest niby zielona, ale będę upierać się przy earl greyu, przesuńmy bergamotkę na sam szczyt piramidy!), w kontakcie ze skórą momentalnie się rozgrzewa i wysładza. Wanilia – bardziej spod znaku chińskiej gumki niż budyniu, bo nie zapominajmy, że to zapach bądź co bądź syntetyczny, daleki więc od jadalności – równoważy,  herbacianą gorycz i skórzaną zwierzęcość. A może nawet próbuje je delikatnie zamaskować? Na szczęście bezskutecznie, bo czarna skóra i czarna herbata są wyczuwalne przez cały, wcale nie najkrótszy, czas trwania zapachu, dopóki nie powędruje on w kierunku słodkawego, cielesnego, cichnącego piżma. Finał nierzadki w świecie perfum, mało spektakularny, ale dla mnie najprzyjemniejszy z możliwych. Coś mi mówi, że w kategorii zapachów zupełnie naturalnie wtapiających się w skórę, Black również zająłby całkiem zaszczytne miejsce.

Unisex w pełnym tego słowa znaczeniu, nazwa w pełni zasłużona, nabycie drugiego flakonu w zupełności uzasadnione i rozgrzeszone. Prawda…?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s