ZOOLOGIST I

Na Zoologist Perfumes czaiłam się od dłuższego czasu. A dokładniej – od pierwszej przeczytanej recenzji Bat (moja poniżej). Stojący za tą marką Victor Wong miał tak naprawdę bardzo prosty pomysł. Koncept zapachów przypisanych poszczególnym zwierzętom (podpisanych zwierzętami?) może się wydawać wręcz mało odkrywczy. Ale to nieistotne, bo wykonanie jest co najmniej intygujące, a i wybór bohaterów zupełnie nieoczywisty. Nie ukrywam, że zadziałała na mnie też strona wizualna – eleganckie połączenie czerni i złota, solidne, proste, geometryczne flakony, rycinowe etykietki, na których nawet makak wygląda arystokratycznie i dostojnie. MUSIAŁAM dowiedzieć się, czy to przypadkiem nie przerost formy nad treścią. A że nie miałam możliwości przetestowania zapachów na miejscu, to całe zoo ze zdjęcia powyżej przyleciało do mnie aż z dalekiej Kanady. Nie chcę jeszcze przesądzać, czy któryś z nich podbił moje serce na tyle, bym zapragnęła flakonu (choć muszę przyznać, że TAKI flakon upiększyłby i wzbogacił moją skromną kolekcję). Testy trwają. A oto moje wrażenia z dotychczasowych.

BAT

nd-34606

To miały być najdziwaczniejsze perfumy na świecie. Spodziewałam się najgorszego i przy pierwszym zetknięciu z zapachem od razu pomyślałam, że słusznie. Teraz, po kilku podejściach, pokusiłabym się jednak o stwierdzenie, że wcale nie jest tak źle i nawet dają się nosić. No prawie, bo wciąż są… przedziwaczne. Najprościej mówiąc, mógłby to być duet Dirt Demeter i Halloween, z różnicą w stopniu dojrzałości banana. Całość jest głęboka, balsamiczna i esencjonalna, ale wcale nie tak mroczna, jak można by się było spodziewać. Wręcz przeciwnie – bardziej niż chłodne wnętrze jaskini przypomina mi wakacje na Zanzibarze. Tropikalny las tuż po ulewnym deszczu, echa niedawnej burzy w rozgrzanym powietrzu, egzotyczne owoce, których nazw już nawet nie pamiętam, na wyciągnięcie ręki. A tuż nad głową, zamiast nietoperzy, banany najróżniejszych gatunków, kształtów, a nawet kolorów. Ale co tam banan. Królową jest tutaj FIGA, bo – zapewniam – to figa jakiej jeszcze nie znacie. Słodka i figowa, ale oblepiona mokrą ziemią. Nie ziemistą paczulą ani innym ziemiopodobnym czymś, tylko po prostu najprawdziwszą czarną ziemią. Odważne i niecodzienne to połączenie, a efekt… niczego sobie to zbyt mało powiedziane. Ale nie wiem, co sobie o mnie pomyślicie, gdy nazwę go przyjemnym i do noszenia 😉 W każdym razie – czy się podoba, czy nie – to zapach warty poznania. Hm… On chyba nawet nie jest od  tego, żeby się podobać. Zdecydowanie nie.

At first I thought it was just the weirdest thing ever but after a while I would even dare to say it is *almost* wearable. While still being  w e i r d though. Demeter’s Dirt meets Halloween would pretty much sum this up, except the banana is much more ripe. This scent is exceptionally deep, resinous and balsamic – just the way I like it – but the overall impression is not quite as dark as I had expected. It actually reminds me of my holiday in Zanzibar more than it does of a cold batcave. It instantly brings back the memories of walking through an exotic forest after a short but heavy rain, with 20 different types bananas right above your head and plenty of other fruits at your fingertips. But I don’t care so much about the banana, it’s the FIG that I would like to see at the forefront because it’s a fig like no other. Sweet figs and wet soil. I love how unusual and daring this combination is. Who would have thought it would come out this pleasant. Wait, did I just say pleasant? Is it really or is there something wrong with me?

MACAQUE 

nd-40839

Kto by się spodziewał, że jednak spodoba mi się ta charakterystyczna musująca nuta w stylu lat osiemdziesiątych? Ona naprawdę tu jest – tym razem pod postacią mdlącej suchości lakieru do włosów przełamanej soczystą mandarynką i chrupiącym zielonym jabłkiem. Zielone miało być tu zresztą nie tylko jabłko w otwarciu, ale i cały zapach. Ale dla mnie, jeśli już miałabym przyporządkować go do jakiegoś koloru, jest zdecydowanie biały. Elegancki, czysty, prawie transparentny. Jak kieliszek dobrze schłodzonego prosecco. A gdy bąbelki znikają, rozpływa się w kierunku żywiczno-balsamicznej bazy. Kadzidła niestety jeszcze nie udało mi się wywąchać, ale będę próbować, bo wierzę na słowo, że rzeczywiście chowa się gdzieś po grubą warstwą mchu.

I unexpectedly like the sparkling 80’s vibe to it. A hairspray kind of cloying dryness refreshed by crispy apples and vibrant mandarin. It’s actually more of a white than a green scent to me – elegant in an almost transparent way. If it were a drink, it would be a glass of chilled prosecco. At least in the opening, before it starts evolving towards balsamic resins. I am yet to discover the frankincense in this and I’ll be very pleased if I do. It must be hidden under the thick layer of moss.

HUMMINGBIRD

nd-32601

Koliber chyba najbardziej z tego zoologicznego stadka nadaje się do noszenia. A już na pewno jest najbardziej słitaśny (jak na kolibra przystało) i kobiecy. Najmniej z kolei niszowy. Nie jestem miłośniczką flower power w perfumach, trudno mi więc rozłożyć ten zapach na składniki pierwsze, wyodrębnić i nazwać poszczególne nuty kwiatowe. A może koliber jest właściwie bardziej owocowy niż kwiatowy? Trudno mi powiedzieć. W każdym razie i owoce, i kwiaty skąpane są tu w płynnym złotym miodzie, który już sam w sobie jest ucztą dla zmysłów. A gdy słodkość miodu zrównoważona jest nutami kwaskowatymi (według fragrantiki to wiśnia i gruszka – jak najbardziej jestem skłonna w to uwierzyć), to efekt jest po prostu… dokładnie taki, jaki być powinien. Całość jest puchata, apetyczna i milutka. Może właśnie dlatego nie mogę pozbyć się wrażenia, że zapach ten, przy całym swoim niezaprzeczalnym uroku, po prostu nie jest mój 😉 Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o jaśminowej herbacie, która jest tu bardzo wyraźnie wyczuwalna, a w połączeniu z ambrą i drzewem sandałowym nadaje całości nieco orientalnego charakteru. Podsumowując – bujny, bogaty, intensywny zapach dla słodkolubnych. Nazwa nie mogłaby być lepiej dobrana.

By far the most wearable and feminine one in this zoo – that‘s for sure. But since I’m usually not a flower girl, I find it hard to distinguish all the floral notes and describe this scent in more detail. Or maybe it’s more fruity than floral? I really can’t tell! Anyway, whatever it is, it all floats in a sea of honey, which is a delight just by itself.  Some slightly sour notes (pear and cherry? OK, sounds plausible) balance the sweetness and well, it’s just right. It’s fluffy, yummy, it’s NICE. [maybe that’s why I can’t help thinking it doesn’t feel like me.]  Another thing worth mentioning is the jasmine tea, which is clearly there, and combined with amber and sandalwood gives a slightly oriental touch to it. All in all, a very rich, opulent scent. If you have a sweet tooth – just go for it. The name couldn’t be more accurate, by the way.

CDN/TBC

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s