Próbkotestowanie: Byredo Mojave Ghost

Słyszę „Byredo” – czuję Bal d’Afrique. W końcu to pierwszy zapach tej marki, jaki poznałam i jak dotąd jedyny, który mam w swojej kolekcji w postaci pełnowymiarowego flakonu. Zakupionego zresztą na drugi dzień po pierwszym zetknięciu się z zapachem. Trochę pod wpływem impulsu, ale przecież zbliżał się właśnie wyjazd do Afryki, a ja musiałam wziąć ze sobą jakiś wyjątkowy zapach urlopowy. Żaden nie nadawał się lepiej, żaden nie sprawdziłby się lepiej i żaden inny nie będzie mi się już kojarzył z tanzańskimi zachodami słońca. Ale co to za filozofia opisać kolejnego ulubieńca? Zwłaszcza takiego, który automatycznie przywołuje obrazy samych najlepszych chwil? Bal d’Afrique na pewno wzbudziły moje zainteresowanie marką Byredo i zaczęłam systematycznie, po kolei poznawać pozostałe ich zapachy. Kolejnych miłości póki co nie było. Ale to nic – niech bohaterem recenzji będzie zapach-wyzwanie.

When I hear „Byredo”, I can instantly smell Bal d’Afrique. It was the first scent from this house that I had the pleasure to get to know and so far the only one by them that I own as a full-size bottle. Which I bought literally one day after my first tests, by the way. Just because my African vacation was drawing near and I urgently needed a special summer scent to take with me. Bal d’Afrique appeared in my life at the perfect moment and will probably forever remind me of the sunsets in Tanzania. But describing a fragrance that is one of your favourites and brings back the images of your best time is no big deal, so I’d rather write a review of a more challenging one. Bal d’Afrique has definitely aroused my curiosity about Byredo and after falling in love with this one I started discovering their other creations one by one. I can reveal that I haven’t really fallen in love with any other of them yet, but it doesn’t matter – let me just review a perfume challenge.

Wyzwanie zacznę od wyznania. Albo i dwóch. Po pierwsze, wciąż nie mam pojęcia, czym jest i przede wszystkim jak pachnie i smakuje sapodilla. Po drugie, dałam się uwieść nazwie. Zarówno tego tajemniczego owocu (?), jak i samych perfum. Niewiele potrzeba, żeby rozbudzić moją ciekawość, ale wiem z doświadczenia, że bywa to prosta droga do rozczarowania. To nie mogło się skończyć dobrze. Ale… źle też się w zasadzie nie skończyło.

I have to start this challenge with a confession. Or even two. Firstly, I still have no idea what sapodilla really is and, more importantly, what it smells and tastes like. Secondly, I was seduced by the name, both of the mysterious fruit (?) and the perfume itself. That’s all it takes to make me curious and, more often than not, leaves me bitterly disappointed. It couldn’t have been a success, but on the other hand… it’s not a disaster either.

Mojave Ghost. Czy nie brzmi to jak tytuł jakiegoś mroczno-romantycznego wiersza z zachodem słońca w tle, bluesowej piosenki albo nawet filmu, i to grozy? Albo nie. Westernu! (westernu grozy…?) Kto nie chciałby poznać perfum o takiej nazwie, niech pierwszy rzuci flakonem. Ten zapach miał być jak rozgrzane powietrze, miał być suchy, pustynny, a zarazem przestrzenny i nieuchwytny jak… duch. W końcu nazwa zobowiązuje. A jaki jest?

Hm. Jest owocowo-kwiatową pulpą.

Niby banał, ale w tym przypadku to wcale nie takie proste. Mojave Ghost jest nie do końca banalną interpretacją banału. I za to ma już na wstępie duży plus.

Mojave Ghost. Doesn’t it sound like a title of some dark romantic poem, a blues song or a horror movie? Or maybe a western movie? (a horror western movie?!) Would anyone NOT like a perfume named like this? Well, I thought I had to love it, since it was supposed to smell dry as hot desert air, while being light and elusive as a ghost (duh) at the same time. Just as the name promised! But… what is it really like?

It’s a fruity-flowery pulp.

Sound like a cliché, but in this case it’s not as simple as that. Mojave Ghost is a little less trivial interpretation of something seemingly simple. The first thumb up for this!

Mam poważne przypuszczenia, że tajemnicza sapodilla jest spokrewniona z gruszką. A nawet jeśli nie, to musi być równie słodka i soczysta. Jest centralnym punktem całej kompozycji, wyczuwalnym od początku do końca. Nie mam też wątpliwości, że to właśnie ona jest odpowiedzialna za regularny odruch zbliżania nadgarstka do nosa i uporczywe myśli, że coś tu pachnie znajomo, ale jakby bardziej egzotycznie. Nie, to nie może rosnąć w przydomowym ogródku! Za to otaczające ją kwiaty już jak najbardziej. Mamy więc magnetyzującą gruszkę-która-nie-jest-gruszką i słodki dywan z bardziej swojskich fiołków i magnolii. Z tego miejsca pragnę podziękować autorowi za to, że nie wpakował tu jeszcze róży, jaśminu, tuberozy i kwiatu pomarańczy. Drugi plus.

I dare to suppose that our mysterious sapodilla is in some way related to the familiar pear. And even if it’s not, it must be just as sweet and juicy. Whatever it is, it’s the central element of this composition, from the beginning to the end, and I’m pretty sure it must also be responsible for my recurrent, almost unconditioned reflex of re-smelling my wrists and the persistent impression that there’s something kind of familiar about this scent, yet much more exotic at the same time. This fruit is  definitely not something you could find in front of your house. Unlike all the flowers though. So what we have here is a magnetic, not quite peary pear and a sweet flowery cushion made of your regular violets and magnolias. Thank you Byredo for restraining from adding rose, jasmine, tuberose and neroli to it. Here’s another thumb up.

Nieprzywykła do kwiatowo-owocowych mieszanek, co prawda i bez jaśminu już po chwili jestem trochę zamulona i czuję, że jestem w domu dopiero wtedy, gdy na pierwszy plan wychodzi sandałowiec. Tutaj kolejny plus za niesprowadzenie bazy zapachu do budyniowej wanilii. Mimo wszystko, ostatecznie jestem zaintrygowana – przede wszystykim dość niestandardowym ujęciem owocu w perfumach.

Ładny to zapach, trzeba mu to obiektywnie oddać. Ale trochę z niego męczybuła. Łasi się, przymila, kokietuje, dość nachalnie chce się przypodobać. Pewnie nawet mu się to udaje i zbiera komplement za komplementem, co łechta jego owocowe ego.  Ale czy ja chcę pachnieć obiektywnie ładnie i każdemu się podobać?  Zdecydowałam, że komplementogenności nie będę sprawdzać na sobie i własnym otoczeniu. Popodziwiam z daleka. Jeśli wyczuję na kimś, to na pewno się uśmiechnę.

As someone not used to such fruity-flowery mixtures, I feel a little sick after a while (even without the addition of jasmine etc.), but it gets better as soon as my beloved sandalwood comes to the fore. Another thumb up for surprising me that the base note is not some plastic, pudding vanilla. All in all, I’m intrigued eventually. Mostly by a little less standard approach to fruit in perfumes.


It’s just a nice scent after all, let’s admit it. But it’s also a tiring  flirt, a coquette, fawning, crawling, dying to be admired and complimented. And I guess it’s successful and gets tons of compliments indeed, which only boosts its fruity ego. But do I wish to smell like everybody’s darling? I don’t think so. I’ll rather admire it from a distance and smile, if I should happen to smell it on a passerby.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s